Oczami Louise
-Jak to wyjeżdżasz? - wrzasnęłam
-Normalnie. - wzruszyła ramionami mama -Tylko na dwa dni.
-Czy ciebie cholera jasna porąbało?
-Nie odzywaj się tak do mnie. A po za tym wszystko już załatwione i nie masz nic do gadania. Zostaniesz z opiekunką. - nie przejęła się zbytnio faktem że zostawia dorastającą córkę na pastwę losu w wielkim mieście o nazwie Atlanta, w którym jest największa ilość przestępstw w całych Stanach Zjednoczonych.
-Jaką znowu kurna opiekunką? - zaczęłam wymachiwać szalikiem, który akurat ściągałam, gdy zostałam zaskoczona tą wiadomością.
-Dobrą. - bez najmniejszych emocji chwyciła walizkę i ruszyła do drzwi. Chwyciłam ją za nadgarstek.
-Nie możesz wyjechać. -jęknęłam żałośnie
-Louise, ile ty masz lat kotku? - na jej ustach pojawił się przelotny uśmiech
-Mamooo... - zaskowyczałam
-Kochanie, na prawdę nie myśl tylko o sobie, twoi staruszkowie też chcą trochę odpocząć a ty jesteś już duża, prawda?
-Kupisz mi pamiątkę? - odpaliłam, właściwie to nie wiem po co, ale chciałam ja zatrzymać jak najdłużej
-Louise! - roześmiała się
-No dobra... - w tej chwili szofer rąbnął w klakson
-Muszę iść. No, trzymaj się kotku. - ucałowała mnie w czoło, a ja zrozumiałam, że i tak nie ma sensu już nic wymyślać. Gdy zamknęła za sobą drzwi oparłam się o nie i wyszeptałam pod nosem modlitwę, którą kiedyś usłyszałam w kościele. Aż dziw bierze, że ją pamiętałam, ale słyszałam, że to pomaga w odganianiu demonów. Rozejrzałam się. Nie, raczej nie było tu demonów. Ale na wszelki wypadek wyrecytowałam modlitwę jeszcze raz. Zapaliłam wszystkie światła i ruszyłam przed telewizor. Nigdy raczej nie zostawałam sama w domu po zmroku, a napawało mnie to ogromnym strachem. Mama mi wtedy zawsze powtarzała, że za rok stanę się pełnoletnia, ale mnie to jakoś nie ruszało...Oczywiście zaraz miała przyjść ta opiekunka, ale to całe dwadzieścia minut! Myślicie, że wbicie noża w serce, gwałt, wywarzanie zamka w drzwiach trwa więcej? Nie, dobry zwyrol by się zmieścił, nie? Usiadłam na kanapie i włączyłam Disney Channel. Uff, Hannah Montana. Dobrze, że nie Fineasz i Ferb. Wtedy zadzwonił telefon. Podniosłam słuchawkę spodziewając się czegoś w stylu " Widzimy cię" To była ta opiekunka. Powiedziała, że nie przyjdzie... jedwabiście. Drżącą ręką wybrałam numer mamy.
-Mamooo? - wydarłam się do słuchawki
-Tak, córcia?
-Opiekunka nawaliła!
-Gdzie!? Niech posprząta!
-Mamo, nie przyjdzie znaczy.
-To idź do Carrie. Poradzisz sobie. No buzi, muszę kończyć.
-Buzi. - cmoknęłam telefon i rozłączyłam się. Szybciuchno wybrałam Carrie z kontaktów
-Halo? - powitałam ją
-Halo? Pali się?
-Nieee. Ratuj mnie. Muszę u ciebie spać. Mamy nie ma.
-Tiaaa demony, te sprawy. Wbijaj.
-Przechichotne. - parsknęłam
-Podjechać po ciebie?
-Słyszałaś o tym gwałcie? On był na MOJEJ dzielnicy.
-Ty myślisz, że akurat ktoś cie będzie chciał gwałcić?
-W końcu mam pochwę. - zaśmiałam się. Carrie wybuchła śmiechem. - Żartowałam.
-Skapłam się. - parsknęła
-Przyjedziesz?
-Pewnie. Get ready baby. Bye.-Rozłączyła się, a ja zaczęłam wrzucać potrzebne rzeczy do torby. Ubrałam się i na stopy wsunęłam szpilki. Obczaiłam się w lustrze.
-Spoko wyglądasz. - powiedziałam do siebie.
Oczami Kristen
"Na na na na na C'mon,Na na na na na C'mon" - odebrałam telefon.To był Alex.
-Heeej. - zapiałam
-Idziemy na prywatę do Keth'a?
-Eee, fuck yeah! - ucieszyłam się
-Masz pół godziny bejbe.
-To się pindrze, pa:*
Stanęłam przed lustrem. Kristen, ogarnij się. Na początek wyprostowałam włosy i związałam je w wysoką kitkę. Znośnie. Mejkap. Srebrny cień, niedużo, czarna masakra, różowy błyszczyk. Spoksik:P Ciuchy, tu będzie gorzej. Nie mam ich zbyt wiele. Ale wybrałam czarny top, coś w stylu gorsetu, czerwona spódnica i...
-Amandaaa?
-Czego?! Nie drzyj się tak, jestem tu.
-Pożyyycz szpilki.
-Weź se, jaram się Bieebsem.
-Jak zwykle. - prychnęłam i wzięłam z jej szafy pudełko z parą czarnych szpilek. Taaak, to będzie gud. Ubrałam się i stanęłam jeszcze raz przed lustrem. Zamiast torebki chwyciłam duży porfel. Zjadliwie. Obróciłam się do okoła w lustrze i uśmiechnęłam się do swojego odbicia.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz